Szczęście Polaków i nieszczęście faworytów na początek deblowego turnieju Poznań Open

0
519

W pierwszym dniu deblowych zmagań podczas challengera Poznań Open 2018 naprzeciwko sobie stanęło sześć par. Wtorkowego popołudnia dobrze nie będą wspominać te z nich, które przed wejściem na kort stawiano w roli faworytów.

Najpierw na korcie centralnym rakiety „skrzyżowali” doświadczeni Alessandro Motti (39 lat) i Tomasz Bednarek (36) w pojedynku z młodymi gniewnymi – Michałem Dembkiem (20) oraz Janem Zielińskim (21). Za starszą z par przemawiało nie tylko obycie, ale też dobre samopoczucie na arenach Parku Tenisowego Olimpia. Bednarek już triumfował w poznańskim challengerze gry podwójnej w 2006 roku (z partnerem Michałem Przysiężnym), a raz dotarł do finału (2014).

Polsko-włoski tandem, rozstawiony z numerem trzecim, musiał jednak uznać wyższość młodszych kolegów, którzy wygrali w dwóch setach 6:2, 7:6 (3). – Jesteśmy młodymi wilkami tego turnieju (śmiech). Startowałem już trzy razy w deblu na Poznań Open i za każdym razem przegrywałem w pierwszej rundzie „na styku”. Raz nawet po tie-breaku 19:21! Raz mi się udało przebrnąć przez pierwszą rundę, ale w szczecińskim challengerze. Wtedy też pokonałem Mottiego – cieszył się Zieliński.

Za chwilę podszedł do niego Michał Dembek, który rozegra singlowy pojedynek z Włochem Matteo Donatim. – „Misiu” to koń, nie da się go zajechać. On może grać pięć setów każdego dnia, nie boję się o jego formę w kolejnej rundzie – uciął wszelkie spekulacje Janek. Nie tak szczęśliwy był vis-a-vis młodych Polaków, Tomasz Bednarek. – Dzisiaj zagraliśmy słabo, w zasadzie dominowali w każdym aspekcie. Może dla was, reporterów, byliśmy faworytami, ale ja podchodziłem do meczu, wiedząc, że mamy szanse 50 na 50 – mówił niezadowolony.

W tym samym czasie, na pozostałych dwóch kortach również toczyła się walka o wejście do ćwierćfinału gry podwójnej. Zwycięzca zeszłorocznego turnieju indywidualnego, Aleksiej Watutin razem z Ukraińcem Wołodymirem Użyłowskim przegrali 3:6, 6:7 (1) z niemiecko-szwedzkim duetem: Oscar Otte i Andreas Siljestrom. Jednak oczy poznańskiej publiki skierowane były w stronę placu, na którym Grzegorz Panfil wraz ze Szwajcarem Henrim Laaksonenem mierzyli się z deblową „jedynką” – Romainem Arneodo i Tristanem-Samuelem Weissbornem.

Także w tym meczu faworyzowanym reprezentantom Monako i Austrii przyszło pożegnać się z turniejem. Panfil, który niedawno odpadł w kwalifikacjach singla z Francuzem Antoinem Escoffierem (3:6, 2:6), ze swoim partnerem triumfowali 7:6 (3), 6:3, pieczętując awans do ćwierćfinału. Jeszcze przed rozpoczęciem tegorocznego Poznań Open mówiło się, że 30-latek z Zabrza w grze podwójnej za partnera wybierze Użylowskiego, ale rankingowe perypetie wymusiły na Polaku zmianę. – Laaksonena znam dobrze, głównie z turniejów. Chyba nawet dwa razy zagraliśmy przeciw sobie. W deblu zagraliśmy dopiero pierwszy raz i to dosyć przypadkowo. Na początku byłem umówiony z Użylowskim, ale sprawy się tak potoczyły, że razem nie dostalibyśmy się do turnieju i w ostatnich minutach musieliśmy zmienić się – tłumaczył, a w tym czasie przechodził koło niego Zieliński, gratulując sukcesu.

– To mój stary znajomy, choć Janek jest znacznie młodszy. Można powiedzieć, że jestem ciut starszy, ale za to młody duchem (śmiech) – żartował. – Obyśmy spotkali się z Jankiem i Michałem w półfinale. Mam nadzieję, że nie wykręcą nam żadnego numeru, chyba że taki pozytywny – na korcie.

Do półfinału jednak długa droga, bo najpierw Polacy stawią czoła w spotkaniach 1/4 finału. Przed tym zasłużona nagroda. – Jutro będę trenował, a dzisiaj… jakaś przyjemna kolacyjka na pięknym poznańskim Rynku – nie znikał uśmiech z twarzy Panfila.

Tomasz Pietrzyk